Nasza rodzina stoi na krawędzi rozwodu z powodu pragnienia męża o posiadaniu syna. Urodziłam dziecko, ale córkę, a mężowi zależy, aby mieć spadkobiercę. Mówi, że jeśli nie urodzę mu syna, to zrobi to inna. Jasne, że to oznacza, że odejdzie do kobiety, która będzie mogła dać mu syna. A ja się boję rodzić, poród córki był dla mnie zbyt trudny i do teraz mam trudności.
Wyszłam za mąż za Tomka w wieku dwudziestu czterech lat. Miłość była nieziemska, tak silna, że zapierała dech w piersiach. Nie mogliśmy bez siebie żyć. Myślałam, że razem będziemy iść przez życie. Ale po narodzinach dziecka wszystko się zmieniło.
Z ciążą poszło szybko. Byłam szczęśliwa, mąż też, rodzice także – wszyscy niecierpliwie czekali na narodziny dziecka. Dla mnie nie miało znaczenia, czy urodzi się chłopiec czy dziewczynka. Ale mąż miał inne zdanie, chciał syna.
– W mojej rodzinie zawsze rodzą się chłopcy. Brat ma już dwóch synów, siostra ma syna, więc i my będziemy mieli syna, – był przekonany mąż.
Ciąża była trudna. Kilka razy prawie straciłam dziecko. Musiałam długo leżeć w szpitalu. Z powodu leków czułam się otępiała, przybrałam na wadze, miałam obrzęki, bardzo bolały mnie plecy i kolana.
Tomek starał się mnie wspierać, mówił, że muszę wytrzymać dla siebie, niego i syna. Kiedy USG pokazało, że będzie dziewczynka, mąż nie uwierzył, powiedział, że lekarka się pomyliła. A ja z cichym przerażeniem czekałam na poród.
Urodziła się córka. Mąż przyjął tę wiadomość ponuro. Pogratulował, przyniósł kwiaty, ale było widać, że jest niezadowolony. Do dziecka nie podchodził, a po miesiącu oznajmił, że chce zrobić test DNA.
– W naszej rodzinie zawsze rodzą się chłopcy, nie mogę mieć córki.
Poczułam, jakby pod nogami osuwała się ziemia. Posądzono mnie o zdradę. Zgodziłam się na test, nie miałam nic do ukrycia. Gdy potwierdził, że dziecko jest od męża, on trochę się uspokoił, nawet przeprosił, ale nadal unikał dziecka.
A ja potrzebowałam pomocy. Lekarze postawili córce kilka niepokojących diagnoz, ale powiedzieli, że wszystko można naprawić, potrzebna jest cierpliwość. A jej mi brakowało.
Po pół roku byłam bliska załamania nerwowego. Ciągłe wizyty u lekarzy, badania… Mąż oddalał się ode mnie, trudne dziecko nie dawało mi chwili spokoju, moje zdrowie po porodzie było w złym stanie, a pomocy nie było skąd oczekiwać. Mama musiała wziąć urlop, abym mogła dojść do siebie. Inaczej bym się załamała.
I w tym wszystkim mąż zaczął rozmawiać o drugim dziecku.
– Za pierwszym razem się nie udało, teraz musi być syn, – postawił mnie przed faktem.
Zaśmiałam się nerwowo. Jeszcze nie doszłam do siebie po pierwszej ciąży, dziecko wciąż wymagało leczenia, a mąż namawiał mnie na drugie dziecko. Powiedziałam, że na razie nie jestem gotowa.
– A kiedy będziesz gotowa? Za pięć lat? Nie, to za długo, nie zamierzam tyle czekać. Mogę poczekać rok, ale pamiętaj, jeśli nie urodzisz mi syna, urodzi go inna.
Te słowa mnie zatkały. Bardzo kocham męża i boję się go stracić, ale też nie chcę angażować się w ryzykowną przygodę. Nie wytrzymam kolejnej ciąży ani fizycznie, ani psychicznie.
– Powinnaś się rozwieść. To niedopuszczalne, stawianie takich warunków. Nie jesteś inkubatorem. Poza tym, kto da gwarancję, że tym razem na pewno będzie chłopiec? Pomyśl jeszcze o tym – teraz nie zajmuje się córką, a co dalej? Wyobraź sobie, jak będzie żyło dziecko z ojcem, który je ignoruje, – przekonywała mnie mama.
Rozumiem to wszystko. Mama ma rację, sama czuję, że nie poradzę sobie z kolejną ciążą. Ale tak boję się zacząć tę rozmowę z mężem. To oznacza rozwód, a ja nie chcę być bez męża, kocham go.
Ale mama ma rację, córce będzie trudno z takim ojcem.
Nie wiem, co robić. Jestem zagubiona. Każde wyjście wydaje mi się złe i straszne.
