Jeśli ktoś nie zapyta wcześniej i nie zapowie się, to nie ma dla niego nawet filiżanki kawy w moim domu. Paru bliskich uważa, że jestem zbyt rygorystyczna, że staję się chłodna i wyniosła z wiekiem. Ale nie chodzi tu o wyniosłość. Przede wszystkim, jestem po prostu zmęczona. Kiedyś, byłam gotowa bawić się całą noc, obsługiwać gości, gotować dla nich pyszne potrawy, zmywać górę talerzy, zabawiać i opowiadać żarty, ale teraz jestem zbyt zmęczona, by nawet myśleć o organizacji jakiegoś spotkania.
Szkoda mi siebie, kiedy muszę marnować siły na zmywanie naczyń, a potem znajduję „podarunki„ od dzieci i wnucząt gości: zagniecioną gumę do żucia, ukryte resztki jedzenia. Poświęcam cały dzień na sprzątanie, by nikt nie pomyślał, że jestem brudaską. Czyszczę przed i po spotkaniu. Muszę chodzić do sklepu kilka razy, bo nie mam auta, a samej ciężko nosić mi ciężkie torby.
Potem spędzam kilka godzin na przygotowywaniu posiłków. Biorąc pod uwagę, że po wizycie muszę odpoczywać przez dwa dni, zastanawiam się, po co mi takie spotkania? Moi bliscy to rozumieją, dla nich spotkanie w kawiarni to żaden problem.
Poza tym, w takiej kawiarni czy na świeżym powietrzu ludzie nie narzekają tak wiele, wolę spotykać się tam z nimi. Możemy razem spacerować, wyjść na kawę albo usiąść w parku. Czy to złe propozycje? Moim córkom i wnukom to nie przeszkadza, nawet cieszą się, że na starość nie chcę zamykać się w czterech ścianach, tylko wychodzę do świata.
Ale dalsza rodzina… Ostatnio zadzwoniła siostra mojego zmarłego męża – powiedziała, że jest w mieście i za godzinę odwiedzi mnie. Od razu zapowiedziała, że nie jadła jeszcze obiadu, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że mam dla niej coś przygotować. Odmówiłam jej, zaprosiłam do kawiarni kilka kroków dalej. I wiecie… Wcale nie przyjechała, nie odbierała później telefonów i rozpowiedziała całej rodzinie, że nie chciałam jej wpuścić.
Mój dom to schronienie dla mnie, miejsce, gdzie mogę zaznać odpoczynku. Czy to źle, że skończyły się czasy, kiedy mój dom był poczekalnią dla wszystkich?