„Nie potrzebuję paralityka” – powiedziała synowa i wyszła, nie mając pojęcia, co się stanie…

Był sobie zwykły staruszek, który mieszkał na wsi i w weekendy pił trochę białego wina. Miał marzenie, żeby dostać psa, ale nie zwykłego psa, tylko rasę Alabai czystej krwi. Był gotów pojechać dla niego do Azji Środkowej, byle tylko kupić psa i wprowadzić go do swojego domu.

Starzec miał na imię Antoni, ale wszyscy mówili na niego Tosiek, a on nikogo nie poprawiał. Mężczyzna po dniu pracy siadał na ławce i wspominał minione lata, czasami wokół niego gromadzili się młodzi ludzie, by posłuchać, jak to dawniej we wsi bywało.

Tosiek dawno temu pochował swoją żonę, Klaudię, która chorowała na serce. Lekarze generalnie zabraniali jej rodzić, ale ona bardzo chciała mieć dziecko. Urodziła syna Tośkowi, a potem bardzo zachorowała. Antoni kochał żonę, był gotów zrobić dla niej wszystko, nawet donieść jej z odległego sklepu karton mleka. „Nie możesz!” – Powiedział „Lekarze zabronili!”. Sam zajmował się dzieckiem i gotował jedzenie, a Klaudia była tym wszystkim załamana:

„Chciałabym, żebyś mnie nie zawstydzał! Antoś, kobiety będą się śmiały! Nie robię nic wokół domu! Wszystko jest na twojej głowie!

Ale kobiety nie śmiały się, były zazdrosne:
„Och, Klaudia, gdybyś tylko pozwoliła nam wynająć swojego Tośka, mogłybyśmy przez jeden dzień żyć twoim życiem!”

Odwzajemniła tylko uśmiech. Z uśmiechem na twarzy odeszła z tego świata – Antoni zastał ją rano już zimną. Płakał jak bóbr przez trzy dni, a potem zajął się synem.
Chłopiec miał wkrótce ukończyć 14 lat. Po skończeniu szkoły syn wcześnie się ożenił i został tam, gdzie studiował i tak Tosiek został zupełnie sam. Staruszek jednak nie zniechęcił się – chętnie rozmawiał na ławce z młodzieżą.

Później urodziła się córka jego syna i Antoni czekał na ich przyjazd, ale z jakiegoś powodu nigdy tego nie zrobili. Syn tłumaczył się natłokiem pracy, brakiem czasu i wszystkim innym, więc Antoni znał wnuczkę jedynie ze zdjęć. Nagle wieśniacy zauważyli, że Tosiek chodzi ponury i nieobecny, jakby był zanurzony w wodzie. Nie uśmiechał się, nie żartował jak zwykle, nie siadał na ławce koło domu. Zapytali, co się stało i okazało się, że Tosiek otrzymał wiadomość od synowej, że jego rodzina uległa wypadkowi samochodowemu. Wnuczka przebywa w szpitalu w ciężkim stanie, a syn nie żyje.

„Co za nieszczęście, co za żal!” – cała wieś współczuła staruszkowi, ale czy są jakieś słowa, które pomogą mu w takim smutku? Tosiek przyjął kondolencje, ale nie poprawiło to jego samopoczucia. Żal mu było syna, ale nie można było mu pomóc, jeszcze bardziej żal mu było wnuczki. W szpitalu leżała młoda dziewczyna, 15-letnia, w śpiączce. Powinna była żyć jeszcze długo. Antoniego zabolało serce.

Synowa nie odezwała się do niego ani razu po przekazaniu informacji o wypadku – nie pisała do niego listów, nie odpowiadała na jej wiadomości, nie odbierała telefonów. Jak miał dowiedzieć się, w jakim stanie jest jej wnuczka? Mimo że Antoni nigdy w życiu jej nie widział, kochał ją całym sercem. Sądząc po zdjęciach, wnuczka wyglądała jak Klaudia za młodu.

Tosiek miał już jechać do miasta, w którym mieszkał jego syn, gdy nagle, tuż przed wyjazdem, pod dom zajechał samochód, z którego wyciągnięto nosze. Już prawie pukali do jego drzwi – Antoni nie od razu zorientował się, że to jego synowa przyjechała, a za nią na noszach niesiono jego wnuczkę. Dosłownie wtargnęli mu do domu i rzucili dziewczynę na łóżko! A potem wyszli bez słowa.

„Dziewczyna jest sparaliżowana od stóp do głów. Nie potrzebuję takiej córki. Mogę jeszcze wyjść za mąż i urodzić zdrowe dziecko!” – powiedziała synowa.

„Cóż, nie jestem lekarzem!” – Antoni zdążył tylko zaprotestować.
„Nie potrzebujesz lekarza, nie potrafią jej pomóc. Ona potrzebuje pielęgniarki, jak nie chcesz się męczyć, to zakop ją żywcem, a ja nie będę sobie rujnowała życia. Nie jestem jej pielęgniarką!” – powiedziała kobieta i zatrzasnęła drzwi, po czym wyszła.
„Nie zasługujesz na to, żeby być jej matką!” – Tosiek krzyknął za nią.

Teraz było jasne, dlaczego syn nie przyjechał w odwiedziny do rodziny – z taką żoną było mu wstyd się gdziekolwiek pokazać. Ale jak to się stało, że syn był zainteresowany taką kobietą? Niestety Tosiek się już nigdy tego nie dowie. Gdyby wiedział, że żona porzuciła jego córkę, pewnie przewróciłby się w grobie. I tak został tylko Antoni i jego wnuczka.

Dziewczyna rzeczywiście była całkowicie sparaliżowana, a Tosiek nie był przyzwyczajony do zajmowania się tak chorą osobą. Musiał jednocześnie prowadzić gospodarstwo domowe. Ale teraz życie ma swój cel! Głównym celem jest wyleczenie dziewczyny.

Lekarze odmówili leczenia dziewczyny i wypisali ją ze szpitala, nie mogli zrozumieć, jak to się stało, że przeżyła wypadek. Doznała obrażeń, które były niemal nie do przeżycia. Antoniemu pozostało więc jedynie leczenie ludowymi sposobami. W wiosce nie było żadnego uzdrowiciela, a najbliższy praktykował bardzo daleko. Sparaliżowanego dziecka nie można było do niej zabrać, a ona sama też nie mogła dojechać, bo była już stara. Nie było wiadomo, co robić.

Antoni prawie co tydzień jeździł do tej zielarki, a ona dawała dziewczynce zioła i różne napary. Tak właśnie zajmował się swoją wnuczką. Minął ponad rok, nadal nie mogła ruszyć ręką ani nogą, leżała jak kłoda pod kocem. Nie potrafiła nawet mówić poprawnie, tylko mamrotała niezrozumiale. Czasami staruszek zauważał łzę spływającą po policzku dziewczyny. W takich chwilach łamało mu się serce, myślał, że wnuczce brakuje matki i ojca. Dziadek długo rozmawiał z dziewczynką, czytał jej książki, ale ona nie potrafiła mu odpowiedzieć. Dla obojga było to trudne.
Aż pewnego wieczoru stało się coś nieoczekiwanego – kiedy dziadek jak zwykle siedział przy łóżku chorej, do domu wtargnęła pijana grupa młodych ludzi. Okazało się, że Tosiek przez niedbalstwo zapomniał zamknąć drzwi wejściowe. Tłum wracał z dyskoteki i zobaczył światło w oknie, wiedzieli, że w domu mieszka sparaliżowana dziewczynka i ktoś zaproponował, żeby weszli i się zabawili, powiedzieli, że skoro jest sparaliżowana to powinna się cieszyć i w razie czego nie będzie się opierać. Popchnęli drzwi, które się otworzyły.

„No, dziadku! Zrzuć z wnuczki kocyk i rozłóż szeroko nogi! I będziemy losować, kto pójdzie pierwszy” – krzyknął najbardziej pijany.
„Och, proszę! Ona ma tylko 15 lat!” – Staruszek zaprotestował.
„No to sam otwórz szeroko usta i wybaw wnuczkę!” – powiedział ten sam facet i zaczął rozpinać spodnie.

„Och, czekaj. Umyję tylko zęby!” – Powiedział Tosiek i pobiegł do kuchni, otworzył klapę pod podłogą i krzyknął: „Bierz go!”.

I w mgnieniu oka wyskoczył ogromny Alabai. Zaczął łapać gnojków na lewo i prawo za spodnie. Ten na czele o mało co nie przewrócił się o własne nogi. Pies zrywał chłopakom spodnie z tyłków, a oni biegali po wsi półnadzy, rozśmieszając ludzi. Alabai wyskoczył za nimi przez okno i gonił ich aż na obrzeża. Gdy Tosiek przyszedł do pokoju, wnuczka siedziała na łóżku i krzyczała przez okno.

„Borys! Borys! Chodź, dziadku, trzymaj go, żeby nie uciekł!”
Wtedy staruszek uronił łzę. Od tego czasu wnuczka jest w dobrej kondycji. Wkrótce zaczęła chodzić. Czy to lekarstwo od szamana, czy pies spowodował, że dziewczyna zaczęła dużo mówić. Teraz mówiła już cały czas. A skąd się wziął pies? To akurat proste – Alabai Borys mieszkał z synem Antoniego, a gdy doszło do tragedii i właściciel zmarł, bezduszna synowa pozbyła się zarówno córki, jak i psa.

Przyprowadziła psa razem z dziewczynką, ale nic nie powiedziała staruszkowi. Gdy synowa wyszła z domu Tośka, on poszedł zamknąć za nią bramę i zobaczył psa siedzącego nieopodal. Zwierzę było wychudzone i wyczerpane, ze smutnymi oczami, jak u chorej krowy i płynącymi z nich prawdziwymi łzami. Antoni nie wiedział nawet, że jego syn miał psa. Nie mógł wyrzucić zwierzęcia syna na ulicę, więc wziął go dla siebie.

Pies wiernie służył staruszkowi, a gdy przyszli ci zwyrodnialcy, to po prostu siedział w piwnicy, bo lato było bardzo gorące. Aby pies nie cierpiał z powodu upałów, dziadek w ciągu dnia umieszczał go w piwnicy, a wypuszczał go wieczorem, gdy słońce zachodziło. Tego wieczoru nie zdążył go jeszcze wypuścić. Gdyby Borys był na górze, te zbiry nie byłyby w stanie wejść do domu.

Wnuczka powiedziała później staruszkowi, że kiedy płakała, łzy płynęły jej po policzkach, tęskniła za psem. Staruszek trzymał psa na podwórku i nie wpuszczał go do pokoju. Dziewczynka tęskniła za psem, ale nie mogła powiedzieć o tym dziadkowi.

Borys przegonił pijaków i z radością lizał twarz swojej małej dziewczynki – on również bardzo za nią tęsknił. Od teraz mieszkali razem we trójkę: Tosiek, wnuczka i Borys. Nigdy więcej nie usłyszeli wieści od matki dziewczynki.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *