Zaufani przyjaciele mojego męża.

Kiedyś przydarzył mi się wypadek. Niezbyt groźny ale była zima, godzina dziewiąta wieczorem, około 150 km od Warszawy. Wylądowałam w głębokim rowie pośrodku niezamieszkanego terenu. W ciągu dwudziestu minut nie minął mnie żaden samochód. I najprawdopodobniej nie minie mnie do rana.

Dzwonić do męża? Cóż, jest w delegacji. Nie chciałabym go denerwować. Jestem już dużą dziewczynką, muszę zdecydować sama jak sobie w tej sytuacji poradzić. Postanowiłam zadzwonić do teścia. Niech weźmie sprawy w swoje męskie ręce. Jest dojrzały, zaradny, niezawodny i tak dalej. Przygotowywał dla mnie ślimaki, sypał cytatami, częstował winem. Na pewno coś mi doradzi.

Dzwonię. Opisuję sytuację.Teść odpowiada mi swoim głębokim, spokojnym głosem, z nutką filozoficznej troski:

– Postawiłem już samochód do garażu a mam go dosyć daleko. Zaraz zobaczę, może znajdę w internecie jakiegoś mechanika z lawetą w pobliżu. Wyślę ci smsa jak znajdę.

Zadzwoniłam więc do swojego dobrego kumpla, z którym znamy się od wielu lat. Wiele imprez za nami, wypitych butelek wina, dyskusji do rana i śmiechu do łez.

– Ale ja już wypiłem! – powiedział stary kumpel. – Uważaj na siebie, w nocy na takim odludziu wszystko się może zdarzyć. Jakby coś, dzwoń na policję. Powodzenia!

Mniej więcej to samo odpowiedziało wielu długoletnich miłośników Kanta, fanów Goethego i innych profesjonalnych intelektualistów.

Przy drugiej paczce papierosów czyste gwiaździste niebo zasnuło się mgłą i zaczął padać śnieg. Teść nie wysłał SMS-a. Zrobiło się ponuro. Już wcześniej było strasznie. Od zadzwonienia do męża powstrzymywało mnie tylko to, że na pewno w trakcie rozmowy zaczęłabym beczeć, on by się zdenerwował a i tak w żaden sposób nie mógłby mi pomóc.

Przeglądając listę kontaktów w telefonie w końcu dotarłam do listy, którą wklepał mi mój mąż, jak powiedział, tak na wszelki wypadek. Na wszelki wypadek. Wydawało mi się, że na wszelki wypadek właśnie nadszedł. Na liście byli: tajemniczy Leon – betoniarz, Andrzej – mechanik, Lech – siłownia, Michał – kowal, a nawet Jarek – ochrona. Nie miałam nic do stracenia i wybrałam numer Jarka.

Pół godziny później Andrzej wynalazł jakiegoś lokalnego rolnika z traktorem, niestety traktor również ugrzązł w rowie. Leon przyjechał po czterdziestu minutach osobiście, jako, że mieszkał najbliżej.

Michał pojawił się półtorej godziny później z większym ciągnikiem, który miał wyciągnąć z rowu pierwszy traktor. Jarek, dwie godziny później przyjechał z ekipą mechaników. Przyjechali wszyscy z listy „na wszelki wypadek”…
Wokół mnie zrobiło się jasno (światło ciężkiego sprzętu), wesoło i ciepło. O matko…Naprawdę bardzo ciepło!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.  

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *