24 października 2010 r. o godz. 14:30 komunikaty radiowe służb ratowniczych Wielkiego Kanionu zostały przerwane przez wiadomość, która zmieniła przebieg standardowej akcji poszukiwawczej.
W odległym rejonie północnego brzegu, u podnóża góry Saddle, geolodzy znaleźli mężczyznę, który zgodnie z wszelkimi prawami logiki powinien być martwy.
Był to Leonard Clark, 27-letni architekt, który zaginął bez śladu pięć dni wcześniej na przeciwległym południowym brzegu kanionu.
30 metrów nieprzekraczalnych klifów i rwąca rzeka Kolorado, której nie da się przepłynąć, dzieliły porzucony samochód od miejsca, w którym znaleziono mężczyznę.
Почему бразильянки сводят мужчин с ума? Их секрет прост!
Brainberries
Этот танец говорит больше слов, чем ты думаешь
Herbeauty
Ale to nie odległość była najbardziej przerażająca.
Clark był całkowicie nagi.
Jego skóra została zeskrobana do mięsa przez liny.
A kiedy zobaczył ratowników, zamiast się cieszyć, zaczął krzyczeć, błagając ich, aby wyłączyli radia, dopóki nie usłyszą sygnału.
14 października 2010 r. o godz. 6:00 rano ciemnoniebieska furgonetka Ford EHF50 powoli wjechała na żwirową powierzchnię tarasu widokowego Lipan Point.
Słońce właśnie zaczynało wschodzić nad wschodnią krawędzią Wielkiego Kanionu, malując warstwy wapienia i piaskowca na krwistoczerwony kolor.
Za kierownicą siedział Leonard Clark, 27-letni architekt z Phoenix.
Wyłączył silnik i siedział w ciszy przez kilka minut, wpatrując się w przepaść przed sobą.
Miało to być dla niego ucieczką od rzeczywistości, tygodniem spędzonym samotnie na łonie natury, aby zregenerować siły po wyczerpującym projekcie architektonicznym, który pochłonął ostatnie sześć miesięcy jego życia.
Leonard nie był nowicjuszem, który przecenił swoje siły.
Jego fascynacja geologią, sięgająca czasów dzieciństwa, uczyniła go doświadczonym wędrowcem, który potrafił odczytywać kamienne zbocza lepiej niż mapy miast.
Dlatego wybrał szlak Tanner Trail zamiast popularnych tras turystycznych, gdzie na każdym kroku spotyka się grupy z aparatami fotograficznymi.
Ta trasa na południowym skraju kanionu miała reputację jednej z najtrudniejszych i najmniej odwiedzanych.
Wymagało to nie tylko wytrzymałości fizycznej, ale także doskonałej znajomości logistyki przetrwania na pustyni.
Jego plan był ambitny, ale realistyczny, biorąc pod uwagę jego poziom wyszkolenia.
Zejście do rzeki Kolorado, nocleg w pobliżu Cardinus Creek, przejście trasą Escalante i powrót do cywilizacji.
Przygotowania Clarka były metodyczne, niemal pedantyczne.
W przeddzień jego wyjazdu, 13 października, kamery monitoringu w sklepie Red Rock Outpost Outfitters zarejestrowały go o godz. 18:15.
Na ziarnistym nagraniu widać wysokiego mężczyznę w jasnej kurtce, który spokojnie wybiera nową butlę z gazem do palnika oraz szczegółową mapę topograficzną wschodniej części parku.
Sprzedawca pracujący tego wieczoru powiedział później śledczym, że kupujący wydawał się skupiony, zadawał profesjonalne pytania dotyczące stanu źródeł wody i nie wykazywał żadnych oznak niepokoju ani podekscytowania.
Był człowiekiem, który dokładnie wiedział, dokąd zmierza i czego potrzebuje.
Na parkingu Lipan Point Leonard postępował zgodnie ze swoją zwyczajową rutyną.
Sprawdził plecak, upewniając się, że cały sprzęt jest na swoim miejscu, zamknął samochód i schował kluczyki w specjalnym magnetycznym etui, które przymocował pod tylnym zderzakiem pickupa.
Był to stary nawyk, który przejął od ojca, aby uniknąć zgubienia kluczy w górach.
Ostatnią rzeczą, jaką zrobił w zasięgu telefonu komórkowego, było wysłanie SMS-a do swojej siostry Sarah.
Umowa była prosta i niepodważalna.
Miał wrócić i skontaktować się wieczorem 18 października.
Jeśli do rana 19. nie otrzymała żadnego telefonu, miała podnieść alarm.
Leonard wkroczył na szlak Tanner Trail i cisza kanionu całkowicie go pochłonęła.
Kolejne cztery dni minęły w całkowitej próżni informacyjnej.
18 października nadszedł i minął.
Telefon Sarah milczał.
Czekała przez całą noc, uspokajając się, że jej brat mógł po prostu spóźnić się z trudną wspinaczką lub zmęczyć się i zasnąć przed dotarciem do obszaru zasięgu.
Ale kiedy 19 października wybiła godzina 9 rano, a Leonard nadal nie pojawił się w sieci, strach przezwyciężył nadzieję.
Sarah zadzwoniła do Służby Parków Narodowych.
Odpowiedź rersów była natychmiastowa.
O godz. 10:00 i 40 minut patrol przybył na parking Lipan Point.
Ciemnoniebieski Ford stał zaparkowany w miejscu, w którym jego właściciel zostawił go 5 dni wcześniej.
Warstwa czerwonego pyłu na przedniej szybie wskazywała, że samochód nie był używany.
Kontrola samochodu tylko zwiększyła niepokój.
Drzwi były zamknięte.
W środku panował idealny porządek.
Na tylnym siedzeniu znajdowała się starannie złożona zmiana ubrania, a pod siedzeniem kierowcy znaleziono portfel z dokumentami i gotówką.
To wykluczało możliwość napadu lub ucieczki.
Leonard Clark planował powrót do tego samochodu.
W południe 19 października rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę akcję poszukiwawczą.
Helikopter wzbił się w powietrze, aby zbadać trasę Tannera i otaczające go wąwozy z lotu ptaka.
Piloci szukali jasnych punktów.
Namiot, ubrania, sygnał lustrzany.
Zespoły doświadczonych strażników rozpoczęły poszukiwania na ziemi, sprawdzając każde potencjalne miejsce biwakowe, każdą jaskinię i każdą półkę skalną, z której mogła spaść osoba.
Ale kanion był pusty.
Nie było śladu ogniska, zagubionego sprzętu, ani nawet wyraźnych śladów butów, które można by zidentyfikować jako Clarks.
Sytuacja stała się bardziej skomplikowana późnym popołudniem, kiedy pogoda uległa radykalnej zmianie.
Silne wiatry, typowe dla tej pory roku, wznieciły mnóstwo piasku i pyłu, ograniczając widoczność do zera.
Zaczynała się burza piaskowa, grożąca zniszczeniem wszelkich śladów, które mogły jeszcze pozostać na szlakach.
To było tak, jakby natura celowo zacierała ślady, ukrywając tajemnicę zniknięcia Leonarda.
Ratownicy zostali zmuszeni do szukania schronienia, zdając sobie sprawę, że z każdą mijającą godziną szanse na znalezienie czegokolwiek zbliżają się do zera.
Wyglądało to tak, jakby architekt po prostu rozpłynął się w gorącym powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie samotną furgonetkę na skraju przepaści.
24 października 2010 r. sytuacja w centrum dowodzenia akcją poszukiwawczą osiągnęła punkt krytyczny.
Minęło dokładnie 5 dni od ostatniego kontaktu z Leonardem Clarkiem i prawie tyle samo czasu od momentu, gdy jego samochód został znaleziony porzucony na południowym skraju kanionu.
Statystyki były nieubłagane.
Szanse na znalezienie żywej osoby na pustyni po tak długim czasie szybko zbliżały się do zera.
Ekipy ratownicze, wyczerpane burzami piaskowymi i ekstremalnymi temperaturami, metodycznie przeczesywały tereny wokół szlaku Tanner Trail, schodząc do najgłębszych szczelin.
Ale kanion był cichy.
Żadnych śladów, żadnych wskazówek, tylko niekończące się czerwone skały i wiatr.
O godzinie 14:30 sygnał radiowy przerwał transmisję, powodując, że oficer dyżurny w centrali zamarł.
Telefon nie pochodził od ekip poszukiwawczych pracujących w rejonie zaginięcia, ani nawet z południowego terytorium.
Sygnał przebił się przez przeszkody z przeciwnej strony przepaści, z północnego brzegu, z trudno dostępnego sektora w pobliżu szlaku Nankavib.
To było całkowicie nielogiczne.
Miejsce, z którego pochodził sygnał, znajdowało się ponad 30 m od miejsca, w którym Leonard zostawił samochód.
Pomiędzy tymi dwoma punktami leżała burzliwa, zimna rzeka Kolorado, której nie dało się przekroczyć bez łodzi lub specjalnego sprzętu, oraz dziesiątki mil śmiertelnie niebezpiecznego, trudnego terenu.
Fizycznie niemożliwe było pokonanie tej odległości w ciągu 5 dni przez turystę bez wody i jedzenia.
Wiadomość pochodziła od grupy amatorskich geologów, którzy badali skały w okolicy góry Saddle Mountain.
Ich głosy w radiu drżały z podekscytowania.
Poinformowali, że znaleźli mężczyznę.
Helikopter ratunkowy natychmiast zmienił kurs.
Piloci potrzebowali 40 minut, aby dotrzeć do określonych współrzędnych.
Okolice Mount Saddle były dzikie, nawet jak na standardy Wielkiego Kanionu.
Ostre skały, głębokie szczeliny i całkowity brak infrastruktury turystycznej.
Kiedy samolot wylądował na niewielkiej płaskiej półce skalnej o godz. 15:15, lekarze i strażnicy parków narodowych zobaczyli scenę, do której nie przygotowano ich podczas odprawy.
Mężczyzna siedział w wąskiej szczelinie skalnej, próbując wtopić się w cień.
Był to Leonard Clark, ale nie pozostało nic z pewnego siebie architekta uchwyconego przez kamery sklepu.
Był całkowicie nagi.
Jego ubrania, buty i plecak zniknęły.
Jego ciało przypominało podręcznik anatomii urazów.
Skóra, która nie była chroniona przed palącym słońcem Arizony, pokryła się ciągłym, szkarłatnym oparzeniem, pokrytym pęcherzami, które pękały przy najmniejszym ruchu.
Na jego ramionach, biodrach i plecach widoczne były głębokie otarcia i siniaki.
Niektóre stare, już pożółkłe, inne całkiem świeże, ciemnofioletowe.