**Cena szczęścia**
Marek leżał na kanapie, przymknął oczy i nasłuchiwał odgłosów z mieszkania i zza okna. Przez szczelne szyby dobiegały stłumione klaksony, syreny policji albo karetki. W sąsiednim mieszkaniu ktoś się kłócił, gdzieś dzwonił telefon, zatrzasnęły się drzwi…
Kiedyś uwielbiał tak leżeć i zgadywać, w którym mieszkaniu leci telewizor, gdzie wybucha awantura, na którym piętrze zatrzyma się winda…
— Znowu śnisz na jawie? A lekcje odrobiłeś?
Marek przysiągłby, że to nie złudzenie. Usłyszał głos matki, daleki, ale wyraźny. Wzdrygnął się i otworzył oczy. Pokój był pusty, drzwi do przedpokoju otwarte. Gdyby teraz stanęła w nich mama, nie zdziwiłby się — ucieszył. Ale mama już nigdy nie przekroczy tego progu. Zmarła tydzień temu. A jej głos? To tylko ból fantomowy.
Marek usiadł, postawił stopy na podłodze, poczuł pod palcami miękkie runo dywanu. *„Jeśli tu zostanę, oszaleję. Trzeba było wziąć bilet powrotny na dzień po pogrzebie, najwyżej na drugi”*, pomyślał. Wsparł łokcie na kolanach, objął głowę dłońmi i zaczął się kołysać.
Nagły dźwięk telefonu wyrwał go z zamyślenia. Łokieć zsunął się z kolana, głowa opadła. Marek wstał, sięgnął po komórkę ze stołu, nawet nie patrząc na wyświetlacz. Wzrok przykuł kartka: *„Synku, mój jedyny…”*
— Marek, mówi ciocia Grażyna. Jak się trzymasz? Pewnie ciężko samemu? Może jednak do mnie przyjedziesz?
— Nie, wszystko w porządku. — Marek odłożył telefon, złożył list i schował go do szuflady w meblościance.
Nie mógł już dłużej być sam. Nawet głosy zaczęły mu się pojawiać. Znów wziął telefon, otworzył listę kontaktów, przewinął. *„Tomek, stary znajomy ze studiów. Tylko on może mnie teraz uratować.”*
— Tomek, cześć! — powiedział Marek, gdy usłyszał głos przyjaciela.
— Cześć! Coś mi nie…
— Nie poznajesz? Szybko zapominasz starych znajomych. Nie spodziewałem się po tobie.
— Czekaj. Marek?! Ty co, przyjechałeś? — Tomek wręcz krzyczał do słuchawki.
— Przyjechałem, a widzę, że nie byłem wyczekiwany — odparł urażony Marek.
— Głupoty gadasz. Tylko się nie spodziewałem, to fakt. Gdzie teraz jesteś?
— W domu — Marek stał się poważny.
Po zmianie tonu Tomasz od razu zrozumiał, że coś się stało.
— Mama?
— Nie żyje. Pogrzeb był tydzień temu. Dziewięć dni już minęło.
— Współczuję. Widziałem ją pół roku temu. Wyglądała źle, schudła. Nawet od razu jej nie poznałem. Jak długo jeszcze tu zostajesz?
— Trzy dni.
— Mam do ciebie przyjechać? Albo nie, lepiej chodź do nas. Sam pewnie zwariujesz w tej pustce.
— Do was? — Marek uniósł brew.
— No, przecież się ożeniłem. Z Olą. Wyobrażasz sobie? Stoi obok, pozdrawia i też cię zaprasza. Chodź teraz, zdążysz na obiad. Tylko adres mam nowy. Wzięliśmy z żoną mieszkanie na kredyt.
— Mów adres — Marek mówił rzeczowo.
*„No proszę, ożenił się. Ola od pierwszego roku wariowała za Tomkiem, a on to z Kasią, to z Magdą się kręcił, aż mu oczy otworzyłem…”* Marek szybko się spakował i zamówił taksówkę.
W drodze poprosił kierowcę o postój pod sklepem. Kupił dla siebie i Tomka koniak, dla Oli wino, pudełko czekoladek i wędliny.
Nie czekał na windę, wszedł po schodach na szóste piętro. Przez ostatnie dwa dni nie wychodził z domu. Miło było się rozruszać. Mijając drzwi na trzecim piętrze, nagle usłyszał ciche zawodzenie — dziecka czy szczeniaka? Zatrzymał się.
— Hej, kto tam? — zapytał, przyciskając ucho do drzwi.
Zawodzenie ustało. Marek postał chwilę i już miał iść dalej, gdy za drzwiami znów rozległ się monotonny śpiew.
— Kto tam płacze? — spytał.
— Ja nie płaczę, tylko śpiewam — odpowiedział dziecięcy głosik.
— A czemu pod drzwiami?
— Czekam na mamę.
— A gdzie ona jest? Jesteś sam?
— Pięć lat. A ty kto?
— Ja Marek. Szedłem sobie i usłyszałem twój śpiew.
— A ja Jasio. Chcesz, opowiem ci wierszyk o Mikołaju?
— Jasne — zgodził się Marek.
Marek słuchał i się uśmiechał. W dzieciństwie też taki znał, tylko zapomniał.
— Za wierszyk należy się prezent. Tylko jak ci go dam? Jesteś zamknięty. Zaraz wpadnę na chwilę do znajomego i wrócę. Dobrze?
— Jaki prezent? Jesteś Mikołajem?
— Nie. Czekaj.
Drzwi otworzył Tomek i od razu wciągnął Marka w uścisk.
— No hej, stary! Ani słychu, ani dychu.
— Daj człowiekowi się rozebrać — rozległ się kobiecy głos.
Marek odsunął się i zobaczył w drzwiach pokoju Olę. Zmieniła się, wypiękniała.
— Wchodź, dopiero się wprowadziliśmy, nie wszystko jeszcze ogarnięte — w głosie Tomka brzmiała duma. *Patrz, zazdrość.*
Marek rozejrzał się i gwizdnął.
— Ładnie. Nie skromnMarek objął Olę i w głębi serca poczuł, że choć droga do szczęścia bywa bolesna, warto było na nią wejść.