Polina weszła na drugie piętro biura, nie spotykając po drodze żadnych współpracowników, co ją ucieszyło. Nie miała ochoty widzieć współczujących spojrzeń ani odpowiadać na pytania. Szybko schroniła się w swoim gabinecie.
— Polciu, nareszcie — ucieszyła się Halina Kazimierzówna, z którą Polina pracowała od lat. — U nas tu taki zamęt! Kazimierza Janowicza wysłali na emeryturę, a na jego miejsce przyszedł nowy dyrektor. Młody, ale surowy. Wszystkich emerytów pozbywa się w mig. Boję się, że i na mnie przyjdzie kolej. Jak Sławek, podobno lepiej?
Polina usiadła przy swoim biurku, rozglądając się po pokoju. Czuła, że Halina Kazimierzówna patrzy na nią wyczekująco.
— Daj spokój, Halino Kazimierzównie. Jak wszystkich zwolni, to kto będzie pracował? Pewnie mnie pierwszą, ciągle jestem na zwolnieniach przez Sławka. Potrzebuje przeszczepu szpiku. Na operację brakuje pieniędzy, a ja zebrałam tylko część. Fundacje też mają kolejkę, a lekarze mówią, że trzeba działać szybko. Do tego potrzebny jest dawca. Ja nie pasuję, a mama już w takim wieku…
— Boże, za co ta biedna dziecina ma tak cierpieć? — szczerze współczuła Halina. — A ojca Sławka nie próbowałaś odnaleźć?
— Nawet jeśli znajdę, to co? Nie wierzę, że zgodziłby się na dawstwo. To nie jest prosta sprawa. A i tak by nie uwierzył, że Sławek…
W tej chwili drzwi się otworzyły, i do gabinetu weszła Alina z kadr. Obie kobiety odwróciły się w jej stronę, a na ich twarzach pojawił się niepokój.
— Mówiono mi, że wróciłaś do pracy. Polino, wiem, że i tak jest ciężko, ale rozkaz… — zawahała się.
— Mów — powiedziała Polina, myśląc w duchu: „No i zaczęło się”.
Alina spuściła wzrok, spojrzała na Halinę Kazimierzównę, jakby szukała u niej oparcia.
— Co, nowy dyrektor postanowił i mnie wyrzucić? Nie ma mowy. — Polina zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że omal nie przewróciła Aliny, która nie zdążyła się odsunąć, i ruszyła w stronę drzwi.
Alina coś krzyknęła za nią, ale stukot obcasów Poliny już cichł na korytarzu. Spóźnieni pracownicy witali ją, lecz ona nikogo nie widziała. „Nie ma szans. Niech tylko spróbuje. Nie ma prawa…” — wściekle powtarzała w myślach.
Weszła do sekretariatu i zatrzymała się na widok młodej dziewczyny siedzącej za biurkiem — wyglądała, jakby zeszła z okładki modowego magazynu. Świeża, uśmiechnięta, z kokieteryjnie rozpiętymi górnymi guzikami białej bluzki.
— A gdzie Irena Stanisławówna? — zapytała Polina.
Dziewczyna otworzyła usta, ukazując rząd idealnie białych zębów. Ale Polina nie czekała na odpowiedź, podeszła do drzwi i złapała za klamkę.
— Gdzie pani idzie? Tam nie można! Trwa zebranie! — Sekretarka z zadziwiającą zwinnością znalazła się przy Polinie, lecz ta już otwierała drzwi.
Pierwsza wkroczyła do gabinetu dyrektora i zastygła w progu. Glamourowa asystentka przecisnęła się obok.
— To nie moja wina, Pawle Wojciechowiczu! Ona wdarła się… — zaczęła szybko mówić cienkim głosikiem.
— Dobrze, Ewuniu, możesz iść — przerwał jej dyrektor. I modna Ewunia natychmiast zniknęła za drzwiami. — Słucham panią. — Dyrektor spoglądał na Polinę badawczo.
Poznała go, choć minęło ponad dwanaście lat od ich ostatniego spotkania. I od razu zrozumiała, że on jej nie rozpoznaje. Przez chwilę poczuła urazę i zakłopotanie. Ale potem pomyślała, że może to i lepiej.
— Proszę wejść, usiąść. Słucham. — Paweł wskazał ręką na rząd krzeseł przy stole.
Polina podeszła, ale nie usiadła.
— Jestem Polina Aleksandrówna Kowalska z działu marketingu. — Wymieniła pełne imię i nazwisko, mając nadzieję, że coś mu zaświta. — Z jakiego powodu chce mnie pan zwolnić? Mój syn jest chory, często muszę z nim jeździć do szpitala. Kazimierz Janowicz rozumiał, nawet pomagał finansowo. Pracowałam zdalnie…
Młody dyrektor bezceremonialnie przyglądał się Polinie, opierając się wygodnie w skórzanym fotelu. Ona się zmieszała, straciła wątek i zamilkła. „U Kazimierza Janowicza był zwykły fotel” — pomyślała ze złością na siebie.
— Mówiono mi, że córka pani choruje. Współczuję, ale pani ciągle nie ma w pracy. Ktoś musi za panią robić. Czy to sprawiedliwe? — powiedział dyrektor tonem mentora pouczającego niesforną uczennicę.
— Syn — poprawiła go Polina.
— Słucham?
— Mam syna, nie córkę — powtórzyła. — Jest bardzo chory. Jeśli pan mnie zwolni, nie będziemy mieli z czego żyć. — Choć Polina się trzymała, głos jej zadrżał od ledwie powstrzymywanych łez. Brzmiał błagalnie, pełen prośby.
— Ma pan dzieci? Matkę? Gdyby zachorowali, spokojnie przychodziłby pan do pracy, czy starał się im pomóc? — Polina zebrała się w sobie i spojrzała dyrektorowi prosto w oczy.
— Co mu jest? — zapytał dyrektor bez zainteresowania.
— Białaczka. Wie pan, co to jest? — rzuciła wyzywająco, ale głos znów się załamał.
— Powiedz, czy my się już nie znaliśmy? Twarz pani wydaje mi się znajoma. — Patrzył, czekając na odpowiedź.
Polina nie była przygotowana na takie pytanie. Szybko ważyła w myślach, co powiedzieć, ale milczenie stawało się niebezpiecznie długie. Dyrektor mógł po prostu wyrzucić natrętną intruzkę z gabinetu.
— Ja… Studiowaliśmy razem, równoległe grupy. Pamięta pan, Nowy Rok? Przyszłam do koleżanki w akademiku… Grał pan na gitarze, potem… — Polina poczerwieniała i spuściła wzrok.
— Pola?
„W końcu. Chyba sobie przypomniał. A co było potem?..” — pomyślała z goryczą.
— Nie poznałem, wybacz. — Dyrektor przeszedł na „ty”. — Jak mogę ci pomóc?
— Nie zwalniaj mnie. Synowi potrzebny jest przeszczep szpiku. Po prostu nie wiem, co robić. — Polina zakryła twarz dłońmi, starając się ukryć łzy, których nie chciała pokPaweł wziął ją za rękę i szepnął: „Już wszystko będzie dobrze, obiecuję,” a Polina w końcu uwierzyła, że los może być łaskawy.