Mój jeszcze-mąż pochodzi z innego miasta. Dawno temu został wysłany do nas na służbę wojskową. Po zakończeniu służby nie wrócił do domu, tylko został na miejscu. Zamieszkał wtedy z dziewczyną, którą poznał w wojsku, ale z ich związku nic nie wyszło – rozstali się. Jan (bo tak teraz się nazywa) wynajął mieszkanie i zaczął pracować. Rodzina go wzywała – ma tam mamę, dwóch braci i siostrę, wszyscy starsi – ale nie pojechał.
Poznaliśmy się z Janem siedem lat temu. Ja mam staruszkę mamę, jestem późnym dzieckiem, więc bez względu na wszystko nie mogłam jej zostawić. Jan się na to zgodził i zamieszkał z nami. O zameldowanie mama jednak od razu odmówiła, więc żył sobie z „nieruchomą” meldunkową historią.
Oprócz mamy, mam córkę z pierwszego małżeństwa – Kasię, która ma teraz dziewięć lat. Po roku wspólnego życia wzięliśmy ślub – zwykły urzędowy, bez fajerwerków. Jan miał wtedy problemy zdrowotne, więc nie pracował. Pieniędzy na wesele i tak nie było, a i nie marzyło nam się jakieś wielkie przyjęcie.
Podczas gdy Jan siedział w domu, zrobił remont w mieszkaniu mamy. Ja z pensji, mama z emerytury – dawaliśmy mu pieniądze na materiały, a on wszystko skuwał, kleił i układał własnymi rękami. Wymienił tapety, drzwi między pokojami, płytki w kuchni i w łazience (bo mamy to w jednym). Na dodatek zamontował napinany sufit, ale to już robili fachowcy.
Mama i Jan dogadywali się całkiem nieźle, nie mieli powodów do kłótni. On mieszkał w jednym pokoju, mama z wnuczką – wieczorami i w weekendy. Ja pracowałam w zasadzie w systemie dwa po dwa, ale weekendy zdarzały mi się rzadko – brałam tyle zmian, ile się dało, żeby utrzymać rodzinę.
Oprócz pensji miałam jeszcze jeden dochód – alimenty. Ale te pieniądze szły tylko na Kasię. Część na bieżące wydatki: ubrania, przedszkole, potem szkoła, mundurek, książki i zajęcia dodatkowe. Resztę odkładałam – na studia albo małe mieszkanie. Były mąż nie skąpi, więc do osiemnastki córki powinno starczyć.
Trzeba przyznać, że Jan właściwie nie miał kontaktu z Kasią. Nigdy nie zwalałam wychowania dziecka na obecnego męża. Poza tym Kasia ma swojego tatę, który spędza z nią czas. Więc nie naciskałam na żadne „zbliżenie”.
I to w zasadzie cała prehistoria. Wspólnych dzieci nie mamy – ja nie chciałam.
Aż tu nagle, miesiąc temu, zdarzyła się sytuacja. Jan (od pół roku znów pracował) wieczorem zaczął się pakować. Na pytanie „gdzie” odpowiedział:
– Siostra z siostrzeńcem przyjeżdżają, muszę ich odebrać.
Pomyślałam, że zatrzymali się u znajomych albo w hotelu. Że Jan przyprowadzi ich do nas – nawet mi do głowy nie przyszło. A jednak przyprowadził.
Za moim mężem do mieszkania weszła jasnowłosa kobieta koło czterdziestki z chłopakiem lat osiemnastu–dziewiętnastu i oznajmiła:
– Jestem Marta, a to mój syn, Sebastian.
Jan, jak gdyby nigdy nic, zaprosił ich do środka, a sam poszedł do auta po walizki.
Posadziłam gości przy herbacie i wyciągnęłam męża na rozmowę.
– Martę rzucił mąż. Nie ma gdzie mieszkać, zaprosiłem ją do nas. – Jan postawił sprawę jasno.
– Dlaczego nie zapytałeś mnie o zdanie? To przecież mieszkanie mamy! I gdzie oni w ogóle będą spać?
U Jana wszystko było proste. Mama ma trzypokojowe mieszkanie: w jednym pokoju mama, w drugim my z Janem, w trzecim – Kasia. I teraz ja powinnam się przeprowadzić do mamy razem z Kasią. W jej pokoju zamieszka Sebastian, a Marta będzie żyć z Janem.
Pokłóciliśmy się. Dlaczego Sebastian nie może mieszkać z matką w jednym pokoju? Ale Jan upierał się przy swoim.
Mama nie była zachwycona gośćmi. Dała jasno do zrozumienia, że mogą zostać najwyżej dwa dni. Przy okazji wytknęła Janowi: „Trzeba było zapytać, czy ja tu jeszcze coś znaczę?”. Na co Jan wybuchnął:
– A ja z tego waszego rudery zrobiłem cukierenkę! Jak będziecie się wymądrzać, pójdę do sądu po swoją część!
Mama była w szoku, ciśnienie jej skoczyło. Sprzeczaliśmy się z mężem, ale on stał twardo, grożąc, że jak go wywalimy, to rozwali remont – pozrywa płytki i podrze tapety.
Tej nocy spałam z mamą i Kasią w jednym pokoju. Sebastian w pokoju córki, a Jan z „siostrą”, jak sobie zaplanował. Cała sytuacja mnie zdruzgotała. Tyle lat siedział w domu, nie pracował, a teraz nagle uznał się za pana i władcę – dramat.
Rano, gdy Jan jeszcze spał, znalazłam w sieci (specjalnie założyłam konto, wcześniej nie używałam) jego siostrę Martę. Nazwisko znałam – Jan kiedyś wspomniał, że jego siostra nosi to samo, co dalsi krewniacy. Imiona się zgadzały, ale ludzie – nie. Prawdziwa Marta, siostra Jana, to trzydziestopięcioletnia brunetka z czternastoletnim Sebastianem. Na jej profilu same statusy: „Kocham męża”, „Moja wspaniała rodzina” itp. Pytanie: kim była ta kobieta, którą przyprowadził mój mąż? Wnioski nasuwały się same – to kochanka.
No i wtedy mnie dopiero trzasnęło. Pierwszy odruch – urządzić awanturę. Ale zachowałam zimną krew. Wysłałam Kasię do szkoły, polecając iść potem do koleżanki i czekać na mój telefon. Potem z mamą poszłyśmy do prawnika. Konsultacja uspokoiła nas – remont nie daje prawa do części mieszkania. Gdyby to był generalny – wtedy mogłybyśmy mieć problem.
Po prawniku ruszyłyśmy na policję. Byłam pewna, że Jan sam się nie wyniesie. A jeśli go wyrzucimy – może spełnić groźbę i rozwalić remont. Policja jednak odmówiła pomocy: „Jak zacznie demolować, to wtedy przyjdźcie”.
Mamę odesłałam do domu, a ja poszłam do sądu – złożyłam pozew o rozwód. Potem dzwoniłam do znajomych faceI tej samej nocy, kiedy Jan i jego „siostra” w końcu opuścili mieszkanie, mama upiekła szarlotkę, a ja po raz pierwszy od dawna zasnęłam spokojnie, wiedząc, że najgorsze już za mną.