Dzisiaj spotkałem starego przyjaciela. Piszę to, bo muszę to przelać na papier, bo inaczej eksploduję.
Siedziałem w biurze, omawiając z zespołem projekt, gdy telefon na biurku zadrżał. Już miałem odrzucić połączenie, ale zobaczyłem na wyświetlaczu nazwisko – Wojciechowski. To był Krzysiek, mój przyjaciel z podstawówki.
– Przepraszam na chwilę – powiedziałem do kolegów i wyszedłem na korytarz.
– Słucham? – odezwałem się ostrożnie. Minęło tyle lat… Nie byłem nawet pewien, czy mój numer się nie zmienił.
– O ja cię! To ty, Przemek?! – rozległ się wesoły głos. – Myślałem, że dawno zmieniłeś numer. Ledwo wierzę, że się dodzwoniłem!
– Hej, Krzysiek. Co słychać? – Mój głos brzmiał sztywno, ale on tego nie zauważył.
– Świetnie! Jestem w Warszawie. Wiem, że pewnie pracujesz, ale… może się spotkamy? Tyle lat. Kiedy znaz będzie okazja?
– Dobra, mam teraz zebranie, ale za godzinę będę wolny. Gdzie jesteś?
– Na Dworcu Centralnym. Stoję przed głównym wejściem.
– Znajdę cię. Nie ruszaj się, czekaj – powiedziałem i wróciłem do biura.
Próbowałem skupić się na pracy, ale myśli wciąż wracały do Kryśka. Piętnaście lat? Może więcej. Od kiedy wyjechałem z rodzinnego Opola na studia.
Gdy podjechałem pod dworzec, ludzi było jak w mrowisku. Rozglądałem się, aż w końcu zobaczyłem mężczyznę w dżinsach i jasnej kurtce. Uśmiechał się szeroko.
– Przemek!
Zatrzymaliśmy się, patrząc na siebie przez chwilę. Potem uścisk dłoni, a w końcu – jakby nigdy nic – mocne objęcia.
– Krzysiu… – powiedziałem, czując dziwne ciepło w gardle.
– Ale się zmieniłeś! Garnitur, markowe buty… Zrobiłeś karierę, co? Zawsze wiedziałem, że zajdziesz daleko. – Poklepał mnie po ramieniu. – Chodźmy gdzieś, tu za głośno.
Wsiedliśmy do mojego SUV-a, a Krzysiek gapił się jak dziecko.
– O kurczę, to twoje?
– Moje – odparłem, ukrywając satysfakcję.
Zawiozłem go do małej kawiarni na Nowogrodzkiej. W środku panował półmrok, idealny na rozmowę.
– Zamawiam: dla mnie czarna, a dla ciebie…? – spojrzałem na niego.
– Też kawę – odpowiedział szybko.
– Dla kolegi stek z ziemniakami, kawę i sernik – dodałem do kelnerki.
– Nie musiałeś… – zaczął Krzysiek.
– W pociągu pewnie nic nie jadłeś.
– No… z teściową jechaliśmy trzy godziny do szpitala. Stawy jej się rozlatują. Ale nie potrzebuję pomocy, operację ma z NFZ. Po prostu… chciałem cię zobaczyć.
Rozmawialiśmy o życiu. On – żonaty z Eweliną, z którą biegaliśmy razem do szkoły. Dwójka dzieci: Kacper (11) i Zosia (7). Prowadzi warsztat po teściu, naprawia stare polonezy. Ja – w korporacji, szef działu sprzedaży. Żonaty z Magdą, dzieci brak.
– Pamiętasz, jak uciekliśmy na „wyprawę” nad Jezioro Turawskie? – zaśmiał się Krzysiek. – Rodzice nas potem oporządzili…
– Albo jak prawie spaliliśmy szopę na działce! – dodałem.
Chwile wspomnień, a potem nagle cisza. Krzysiek spojrzał na mnie poważnie.
– Przemek… ty jesteś szczęśliwy?
Zadziwiło mnie to pytanie.
– Nie wiem. Myślisz o tym?
– Ja tak. Mam warsztat, rodzinę, czasem ledwo koniec z końcem wiążę… Ale jestem szczęśliwy. A ty? Masz wszystko, ale czy to wystarczy?
Zrobiło mi się głupio od tego wzroku.
Wracając do domu, myślałem o jego słowach. Magdy nie było. Nalałem sobie koniaku, patrzyłem przez okno na Warszawę. Wspomniałem, jak poznaliśmy się z Magdą – biednych studentów, chodzących po parkach i marzących. Teraz: apartament, kariery, zero czasu.
Gdy wróciła, zaproponowałem wyjazd do Kryśka.
– W weekend? Ale ojciec ma urodziny… – odpowiedziała.
– To pojedziemy kiedy indziej. Albo teraz! Wyjdźmy, jak dawniej!
– Jestem zmęczona…
Potem pytałem, czy mnie kocha. Odpowiedziała, że „oczywiście”. Kazałem powtórzyć bez tego słowa. Zrobiła to, ale z irytacją.
W nocy miałem sen: łowiłem rybę, ale nie mogłem jej wyciągnąć. Krzyczałem, ale nikt nie słyszał.
Rano Magda niespodziewanie zgodziła się na wyjazd.
– Pojedziemy, skoro to dla ciebie ważne.
Cieszyłem się jak dziecko. W samochodzie opowiadałem, jak Krzysiek to najlepszy przyjaciel, że potrzebujemy takiego oderwania, że może dzieci…
Magda kiwała głową, a ja wiedziałem, co myśli: *„Niech pojedzie, zobaczy, jak żyje jego mechanik w bloku z teściową. Wróci i znów będziemy idealną parą”*.
I może miała rację. Ale dziś zrozumiałem jedno: pieniądze nie są miarą życia. Prawdziwe bogactwo to ludzie, którzy pamiętają cię nie przez to, co masz, ale przez to, kim byłeś.