Przypomniałam sobie, że kocham
A jednak, moje relacje z mężem odżyły… po remoncie. Myślałam, że już zapomnieliśmy, jak to jest czuć. W końcu szesnaście lat małżeństwa. To jak ze starym swetrem: wygodny, oswojony, tylko już nie grzeje.
Żyliśmy z Darkiem w przewidywalnym rytmie: praca, kolacja, rzadkie rozmowy przed snem. Nie kłóciliśmy się, nie wyjaśnialiśmy sobie nic – po prostu żyliśmy. Równo, spokojnie, niemal po bratersku. Bez błysków, bez szaleńczych namiętności. Czasem miałam wrażenie, że jesteśmy jak dwa drzewa rosnące obok siebie: korzenie splątane, a korony od dawna kierują się w różne strony.
Aż zaczęliśmy remont.
Zabraliśmy się do tego nie bez powodu. Bartek po raz pierwszy wyjechał na kolonie nad morze. Na dwa turnusy! „Mamo, jestem już duży!” – oznajmił z dumą nasz dwunastoletni syn, pakując do plecaka buty z podświetleniem. Staliśmy z Darkiem na peronie, machając do odjeżdżającego pociągu, a gdy wróciliśmy do pustego mieszkania, zrozumieliśmy: teraz zostaliśmy tylko my i te ściany, które pamiętają nas zupełnie innych.
Żeby przyspieszyć sprawę, wyprowadziliśmy się do wynajętego mieszkanka, a w naszym lokalu zamieszkali obcy ludzie – hałaśliwi, śmierdzący farbą i potem. Wśród nich był Szymon.
Wysoki, o szorstkich dłoniach i zimnych oczach. Przypomniał mi młodego Darka – barwą głosu, nawykiem mrużenia oczu, gdy się zamyślał. Ale jeśli mój mąż mówił do mnie łagodnie, nawet w gniewie nie podnosząc głosu, to Szymon wrzeszczał na swoją żonę przez telefon tak, że aż wstyd było słuchać.
Po raz pierwszy usłyszałam, jak mężczyzna może tak rozmawiać z kobietą, która urodziła mu dwójkę dzieci. Przez zęby, z irytacją, jakby coś jej był winien. A potem okazało się, że ma jeszcze kochankę.
Pewnego dnia wróciłam po zapomniane plany i zastałam go w salonie z młodziutką dziewczyną. Piszczała ze śmiechu, gdy opowiadał sprośny dowcip. Potem złapał ją w talii i przycisnął do jeszcze niepomalowanej ściany.
I wtedy nagle się przestraszyłam.
Nie o nią – o siebie.
A może Darek też ma gdzieś taką głupiutką istotę, która cieszy się jego uwagą jak łaską? Może on też od dawna żyje podwójnym życiem, a ja jestem ostatnią, która się o tym dowie?
Tego wieczoru przyglądałam się uważnie mężowi podczas kolacji. Szukałam w jego oczach tego samego – obojętności, zmęczenia, chęci ucieczki. A on nagle zapytał:
– Jak tam, nie jesteś zbyt zmęczona całym tym bałaganem?
Tymczasem robotnicy zdarli stare tapety w naszej kostce, a spod warstw papieru wyłoniły się ślady naszych pierwszych lat. Tamta rozmyta różowa plama. To my z Darkiem, pijani od szampana, świętowaliśmy wprowadzenie. Wziął mnie wtedy na ręce, ja krzyknęłam, butelka się wyślizgnęła – i połowa drinka wylądowała na ścianie.
A tam wgniecenia po gwoździach – pozostałość po tej półce, którą Darek majstrował cały weekend, gdy ja byłam u rodziców. „Nie wchodź!” – krzyczał zza drzwi, a ja śmiałam się i tupałam z niecierpliwości. Półka wyszła krzywo, ale stała dziesięć lat.
… Trzy dni później pojechaliśmy wybierać tapety.
Darek, który zawsze zostawiał mi wszystkie decyzje, nagle ożył. Wnikliwie porównywał odcienie, pytał: „Które bardziej ci się podobają?”. Nie spieszył się, nie oszczędzał – wybierał. Dla nas. Dla naszego domu. Dotykał wzorów, przesuwał palcami po próbkach, zastanawiał się:
– Jak myślisz, ten perłowy odcień będzie się migotał przy lampie?
Gdy doszliśmy do tapet do sypialni, sięgnął nagle po bladoniebieskie z delikatnym srebrnym wzorem.
– Jak w tamtym hotelu w Kołobrzegu – mruknął.
Omal nie krzyknęłam: jeszcze przed ślubem, podczas naszej pierwszej wspólnej wycieczki, spędziliśmy całą noc na balkonie, słuchając morza. Ściany były dokładnie w tym samym kolorze.
Potem był salon meblowy, gdzie uparł się na fotel z wysokim wygiętym zagłówkiem – „żebyś mogła czytać przy dobrym świetle”.
– Skąd wiesz, że tego potrzebuję? – spytałam.
– No, mieszkam z tobą szesnaście lat – uśmiechnął się. – Coś tam musiałem zapamiętać.
W jego głosie nie było irytacji, tylko ciepła, cicha czułość. Ta sama, z naszych początków. I wtedy zrozumiałam: on wciąż mnie kocha. Po prostu to uczucie zagubiło się gdzieś w codzienności, w rutynie, w dniach podobnych do siebie jak dwie krople wody.
Ale nigdy nie zniknęło.
– W sypialni nakleimy tapety sami – niespodziewanie zaproponował Darek, gdy remont był już na ukończeniu.
Zamarłam.
– Przecież nienawidzisz kleić tapet…
– Nienawidziłem – wyszczerzył się. – Ale dla naszego pierwszego mieszkania zniosłem, pamiętasz?
Tak, pod warstwą codzienności, pod ciężarem lat, pod rutyną – wciąż żył ten sam chłopak, który nosił mi kawę w termosie przez pół miasta. Tylko zapomnieliśmy, gdzie się schowaliśmy.
… I oto stoimy pośrodku sypialni, a Darek znów, jak lata temu, myli górę z dołem tapety:
– Cholera – mruczy – dlaczego one zawsze wyglądają tak samo z obu stron?
Śmieję się i podaję mu nowy arkusz. Za oknem lipcowy deszcz, a w głowie – wspomnienia. Oto malujemy ściany w pierwszym mieszkaniu, a Darek przypadkiem odbija dłoń na świeżej farbie. Oto jesteśmy w domu rodziców, gdzie potajemnie przemalował tapety w moim pokoju, gdy ja byłam w akademiku.
– Najważniejsze, żeby skończyć do 25. – mówię. – Bartek wraca.
Darek kiwa głową i nagle bierze moją dłoń, ubrudzoną klejem.
– Pamiętasz, jak kleiliśmy mu tapety w szkole?
Jakżeby nie. My, odpowiedzialni rodzice pierwszoklasisty, zgłosiliśmy się do tego wspólnie. Ściany były pomalowane, a my nie wiedzieliśmy, że taką farbę trzeba koniecznie usunąć. Rankiem wszystkie pasma, jakby na złość, odkleiły się. Musieliśmy na szybko skuwać farbę i zaczynać od nowa.
– No, wtedy się porządnie obłożyliśmy – uśmiecham się, rozcierI nagle jego wzrok spotkał się z moim, w tych niebieskich oczach, które znałam od zawsze, zobaczyłam to samo co wtedy, gdy byliśmy młodzi – że choć świat się zmienia, my wciąż jesteśmy sobą, tylko trochę starsi i mądrzejsi, a nasza miłość, jak te nowe ściany, przetrwała wszystko.