Dzisiaj napiszę o czymś, co rozgrzało mnie bardziej niż obiad.

Dzisiaj napiszę o czymś, co rozgrzało mnie bardziej niż obiad.

Siedziałem przy stole, patrząc gdzieś obok Jadzi. Opowiadała coś, gestykulowała, uśmiechała się, ale ja byłem gdzie indziej.

— Wicuś, w ogóle mnie nie słuchasz. Coś się stało? — zaniepokoiła się.

— Nie, wszystko w porządku — otrząsnąłem się. — Mów dalej.

— Przecież widzę… — nalegała.

— Powiedz, umiesz gotować zupę? — zapytałem niespodziewanie.

— Co? Jaką zupę? — zdziwiła się.

— No, zwyczajną. Rosół, pomidorową…

— No pewnie. Ale o co chodzi?

— Będę miał do ciebie prośbę — powiedziałem poważnie.

Przed drzwiami piętnastego mieszkania od dwóch dni stała reklamówka ze śmieciami. Zauważyłem ją wczoraj, omal nie potrącając. Rano dołączyła do niej kolejna, niewielka. Nie śmierdziało, ale wyglądało to dziwnie. Blok był nowy, wprowadziliśmy się zaledwie rok temu.

Wieczorem, gdy wracałem, reklamówki wciąż tam były. Pokręciłem głową i postanowiłem porozmawiać z lokatorami rano.

Następnego dnia było ich już trzy. Zmarszczyłem brzwi i zadzwoniłem. Raz, drugi.

— Idę, idę… — usłyszałem zza drzwi.

Stała przede mną starsza kobieta w okularach i niebieskim swetrze. Uśmiechnęła się, ale wyraźnie się zmieszała i próbowała przymknąć drzwi.

— Dzień dobry. To pani śmieci. Proszę je wynieść. Sprzątaczka nie jest od tego.

— Myślałam… wnuk obiecał przyjechać. Ciągle zbierałam się… ręce mi już nie służą — tłumaczyła się, pokazując drżące dłonie.

— Ja to wyniosę. Niech się pani nie martwi — wziąłem reklamówki i poszedłem.

Wieczorem, gdy wchodziłem do klatki, drzwi piętnastego mieszkania uchylily się.

— Dobry wieczór. Proszę… — kobieta podała mi banknot. — Za śmieci.

— Nie trzeba. Naprawdę.

— Niech pan wejdzie. Stojąc to dla mnie trudne…

Wszedłem do środka. Skromne mieszkanie, mało mebli. Przy ścianie pudła: z zupkami chińskimi, ziemniakami instant, mlekiem UHT.

— To dla mnie nie problem. Tylko proszę nie wystawiać na klatkę. Śmieci mogę zabierać o ósmej rano.

— Dziękuję panu, Wicusiu. Jestem Helena Stanisławowa. Mam wszystko, czego trzeba. Wnuk przywozi raz w miesiącu. Tylko te ręce… czasem aż tęsknię za rosołkiem — próbowała się uśmiechnąć.

Wieczorem siedziałem z Jadzią w kawiarni. Szczebiotała o sukience, którą przymierzyła. Ja milczałem.

— Znowu jesteś w chwilach? — nadąsała się.

— Przepraszam. Tylko myślę.

— O deserze? Weźmy sernik? A może jabłko w karmelu?

— A umiesz ugotować zupę? — przerwałem jej.

— To zaproszenie do mnie? Czy może chcesz, żebym stała przy garach w twojej koszulce? Może barszcz ukraiński?

— Zwyczajną… Rosół, pomidorową…

— Zamów tutaj i zanieś swojej babci — rzuciła rozdrażniona Jadzia. — Od tego są pracownicy socjalni.

Wyszedłem z kawiarni oszołomiony. Wstąpiłem do supermarketu po napój. Nagle usłyszałem, jak dziewczyna wybiera kurczaka.

— To do rosołu? — zapytałem.

— Tak. Najlepsza część. Jak domowa.

— A co jeszcze potrzeba?

Rozgadaliśmy się. Nazywała się Kasia. Mieszkała w sąsiednim bloku. Gdy opowiedziałem o staruszce, powiedziała:

— Przyjdź za półtorej godziny. Ugotuję garnek.

Zaniosłem zupę Helenie Stanisławowej. Potem wróciłem do Kasi.

— Ucieszyła się, jakby nie zupie, a uwadze.

— Bo właśnie o to chodzi — skinęła głową Kasia. — Zupa to tylko pretekst.

Zadzwonił telefon. Jadzia. Odrzuciłem połączenie.

— No jedz, przecież wystygnie.

Uśmiechnąłem się:

— Zupa jest jednak ważniejsza.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *