Przez kilka dni przychodziłem do szpitala położniczego codziennie. Moja żona trafiła tam w ostatnim miesiącu ciąży, która była zagrożona. Byłem szczęśliwy, bo wkrótce miałem zostać ojcem, ale z dobrego nastroju za każdym razem wyprowadzała mnie ta sama sytuacja.
Na sali z moją żoną leżała młoda osiemnastoletnia dziewczyna, była bardzo cicha i nieśmiała. Według lekarzy zaszła w niechcianą ciążę, więc można się tylko domyślać, co przeszła ta dziewczyna.
Bardzo często, gdy przychodziłem, byli u niej rodzice. Nie mogłem słuchać, jak bardzo krytykowali swoją córkę, a nawet próbowali zmusić ją do porzucenia dziecka. Byłem świadkiem, jak szantażowali ją, że wyrzucą ją z domu i będzie zmuszona radzić sobie sama, jeśli zabierze dziecko ze szpitala. Marzyli dla niej o dobrych studiach i karierze, dziecko w ogóle nie wpisywało się w ich idealny plan.
Żona opowiadała, że wieczorami dziewczyna płakała i nie mogła złapać tchu – i tak każdego dnia. Było jej trudno, pokochała dziecko, które nosiła, była matką, a ktoś chciał jej to brutalnie odebrać.
Pewnego dnia, kiedy przyszedłem, zastałem żonę siedzącą na łóżku o bardzo zmartwionych oczach. Przeraziłem się, myślałem od razu o najgorszym, o tym, że dziecku coś dolega. Okazało się, że kilka godzin temu ta sama dziewczyna, którą codziennie widziałem, zmarła. Poród był trudny, ona nie była w najlepszym stanie i nie przeżyła tego. Oddała życie swojemu synowi…
Gdy żona mi o tym opowiedziała, łzy napłynęły jej do oczu. Nie muszę tego ukrywać, czułem to samo. Żona była przekonana, że to dziecko zostanie sierotą, ale na pomoc przyszli dziadkowie. Ci sami, którzy tak mocno namawiali córkę na porzucenie wnuka. Byli zdruzgotani i postanowili zaopiekować się dzieckiem, to jedyne co im pozostało po zmarłej córce.
Nie ukrywam, że ta historia mocno mną wstrząsnęła i pewnie pozostanie ze mną do końca życia.
