Dorastałam w domu dziecka, swoich rodziców w ogóle nie pamiętam. Po ukończeniu szkoły poszłam pracować w fabryce, skąd potem otrzymałam mieszkanie. W wieku 30 lat wyszłam za mąż, rok później urodziłam dziecko. Postanowiliśmy z mężem nazwać syna Jarosław.
Po ukończeniu studiów syn postanowił się ożenić. Przyprowadził do domu przyszłą narzeczoną. Anna była sierotą, podobnie jak ja, dorastała w domu dziecka. Była bardzo dobrą dziewczyną, od razu ją polubiłam. Dzieci się pobrały, mieszkali u nas przez pół roku, a potem syn znalazł pracę w stolicy i przeprowadzili się tam.
Wynajęli mieszkanie, synowa poszła na urlop macierzyński, pracował tylko syn. My z mężem pomagaliśmy im, jak mogliśmy – raz wysyłaliśmy produkty, innym razem pieniądze. W stolicy mieszkali przez sześć lat, rzadko do nas przyjeżdżali, ale Anna prawie codziennie do nas dzwoniła, opowiadała, jak im się wiedzie, bo syn był ciągle zajęty.
Miesiąc temu zadzwonił syn i oznajmił, że ich życie małżeńskie się nie układa, że zakochał się w innej kobiecie i chce się rozwieść z Anną. Prosiłam go, żeby się opamiętał, bo dziewczyna jest sierotą i nie ma dokąd pójść. Ale Jarosław powiedział, że już podjął decyzję.
Synowi nic nie zostawiłam, ale on przyjął to ze zrozumieniem. Jarosław ożenił się ponownie i płaci alimenty na syna. Synowa wróciła do pracy, a my pomagamy jej z wnukiem.
Rozumiem, że w życiu bywa różnie, ale nie mogłam zostawić synowej bez pomocy. Teraz Anna stała się dla mnie córką.
