– Stara Panna – powiedziała cicho Marta.
Ten „status” wydawał jej się równie absurdalny, co nierzeczywisty. Ona i stara panna? Piękno, inteligencja i dobre serce – to wszystko w jednej osobie.
Dziewczyna, taka jak ona, musi wyjść za mąż. Chłopcy kręcili się wokół niej przez całą młodość, ona dawała się ponieść przelotnym miłościom, a życie było po prostu cudowne. Ułożyło jej się całkiem dobrze – miała wykształcenie, mieszkanie i dobrą pracę.
Kiedy jej matka stopniowo przelewała na nią swoje lęki i niepewność, Marta po prostu ją przytulała:
– Mamo, wszystko w porządku. Jestem szczęśliwą młodą kobietą. Teraz nie trzeba mieć obok siebie mężczyzny, aby żyć w pełni.
Mama tylko westchnęła, babcia płakała, ojciec dyszał, wszyscy upatrywali nadziei w młodszej siostrze, a koleżanki Marty brały ślub i rodziły dzieci. Wszystkie te wydarzenia, różne w czasie i przestrzeni, stopniowo ją otaczały i nachodziły ze wszystkich stron.
Kiedy trzydziestka uderzyła, „stara panna” brzmiała inaczej. Już nie tak dostojnie. Marta ostro reagowała na próbę nazywania jej tak, więc wszyscy wokół niej chętnie rozmawiali o tym za jej plecami. W jej sercu osiadł strach. Naprawdę, ona naprawdę nie będzie miała rodziny? Ukochanego męża, rozrabiających dzieci? Nagle spanikowała.
Postanowiła spróbować swoich sił w miłości, w nadziei na spokój ducha i silną rodzinę lub odwrotnie, a w pierwszej kolejności najbardziej zainteresował ją Stanisław. Był zachwycony Martą. Jej natomiast nie obchodziło to, czy ją kochał, najważniejszy był efekt końcowy – chciała założyć rodzinę.
Po pewnym czasie para zaczęła mieć problemy, niektóre małe, ale tak częste, że kłócili się prawie codziennie. Stanisław był zdumiony, że tak sprytna Marta w życiu codziennym jest po prostu nieznośna i wybredna we wszystkim. Marta natomiast była zdumiona, że rola ojca rodziny była dla Stanisława obca i nie mógł sobie z nią poradzić, co obserwowała każdego dnia. Nie potrafił ani naprawić klamki, ani prać ubrań, ani reperować. Takie małe dziecko, które wyrosło i teraz planuje zawisnąć na cudzej szyi. Tylko z takich praktycznych powodów Marta zakończyła ten związek. Jeśli on sam nie radził sobie z problemami domowymi, co się byłoby, gdy mieliby dzieci?
Potem przeszła do kilku bardziej „odpowiednich” kandydatów, ale wszystko kończyło się w ten sam sposób. Potem byli młodsi chłopcy, żonaci, rozwiedzeni. W pewnym momencie Marta sama zaczęła postrzegać siebie jako starą pannę.
Drapała kota za ucho i słuchała kolejnych porad od mamy i siostry.
– Możesz zostać z moim dzieckiem? Chciałabym iść do kosmetyczki, a nie mam z kim go zostawić.
– Masz dużo wolnego czasu, przyjedź do mnie.
– Komu przepiszesz swoje mieszkanie, bo wiek już się zbliża i trzeba ustalić, żeby kiedyś nie było biurokracji z testamentem.
– Odkładasz na dom opieki, bo kto się Tobą zaopiekuje?
Wokół byli ludzie, którzy na pierwszy rzut oka współczuli jej, ale w rzeczywistości byli zadowoleni, bo mieli do kogo posyłać swoje dzieci, a Marta zawsze pomagała. Jej matka z siostrą uważały, że powinna wszystkim pomagać, zarabiać i dzielić się pieniędzmi, aby pokazać, że jest przydatna w czyimś życiu. Jeśli ktoś jej potrzebuje, to powinna być za to wdzięczna. Tak, powinna być wdzięczna, bo inni mówią „dziękuję” z przyzwyczajenia, a nie z wdzięczności. Nie była tym zaskoczona. Jeśli nie jest zadowolona ze swojego życia, to dlaczego inni mieliby je doceniać.
Marta obudziła się, chociaż to nie była noc… Podeszła do lustra. Wyczerpana kobieta spojrzała na nią:
– Marta, wszystko będzie dobrze. Jutro jedziemy na urlop i wszystko ustalimy, co dalej z życiem. Najważniejsze, że ja i Ty jesteśmy rodziną.
