Pewnego razu córka z rodziną przyjechała do mnie w odwiedziny. Usiedliśmy przy stole, ja przygotowałam smaczne potrawy. Dzieci poszły bawić się na dwór, a ja zaczęłam sprzątać ze stołu. Wzięłam talerze i niosłam do zlewu, kiedy nagle usłyszałam, jak zięć namawia na coś moją córkę. Zatrzymałam się, żeby posłuchać. Im dłużej rozmawiali, tym cięższe stawały się moje ręce. Do dziś mnie to boli.
W tej chwili ja i mój mąż jesteśmy na emeryturze. Po latach ciężkiej pracy w fabryce udało nam się uzyskać własne mieszkanie od państwa, a potem uzbieraliśmy pieniądze, żeby dopłacić i zamienić je na duży dom na przedmieściach.
Planowaliśmy, że na starość będziemy zajmować się ogrodem, prowadzić niewielkie gospodarstwo i cieszyć się częstymi odwiedzinami dzieci i wnuków, które przyjeżdżałyby do nas cieszyć się świeżym powietrzem i pięknem natury. To było nasze wspólne marzenie, do którego dążyliśmy razem z mężem.
Nasze marzenie spełniło się dzięki ciężkiej pracy: udało nam się zagospodarować naszą działkę, a teraz nasz syn i córka z rodzinami bardzo chętnie nas odwiedzają. Przyjeżdżają do nas zarówno w weekendy, jak i podczas wakacji, ciesząc się słońcem, piekąc szaszłyki oraz spożywając świeże owoce i warzywa, które z miłością dla nich uprawiamy.
Mimo to, przez cały ten czas, nasze dzieci nie angażują się za bardzo w prace w ogrodzie. Twierdzą, że wszystko można kupić w sklepie, co jest tańsze i prostsze niż inwestowanie własnego czasu i pieniędzy w sadzonki oraz pracę fizyczną. Jednak, gdy nadchodzi czas zbiorów lub kończę przygotowywanie przetworów, dzieci natychmiast zjawiają się, aby skorzystać z gotowych produktów. Ale nie ma to dla nas większego znaczenia – na razie nie prosimy ich o pomoc, ponieważ mamy zdrowie i chęci do pracy, więc jeszcze dajemy radę zająć się naszym ogrodem i małym gospodarstwem.
Jednak to, co najbardziej mnie zraniło, to usłyszana przypadkiem rozmowa między moją córką a jej mężem, kiedy nie wiedzieli, że jestem obok. Zaczęli rozmawiać o przyszłym spadku – o domu moim i męża.
Nasza córka mówiła zięciowi, że po naszej śmierci, chce go szybko sprzedać i zainwestować pieniądze w zakup mieszkania dla siebie i swoich dzieci. Zięć entuzjastycznie jej przytakiwał, mówiąc o znajomym agencie nieruchomości, który mógłby pomóc w sprzedaży za dobrą cenę.
Zięć sugerował nawet córce, żeby przekonała nas do zrobienia teraz dużego remontu w naszym domu, oczywiście, za nasze pieniądze, aby potem można było go sprzedać znacznie drożej.
Te słowa były dla mnie tak nieprzyjemne i bolesne, że nawet nie potrafię tego wyjaśnić.
Wychodzi na to, że zamiast pracować i zarabiać na własne mieszkanie, nasza własna córka po prostu nie może się doczekać, aż my z jej ojcem odejdziemy z tego świata.
My z mężem już dawno namawiamy ich z zięciem, żeby wzięli kredyt i spłacali własne mieszkanie, a nie płacili obcym za wynajem, ale oni nie chcą. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego, czekają aż nasz dom się zwolni.
Nie mogę pojąć, jak można być tak cynicznym wobec własnych rodziców, pragnąć ich śmierci dla materialnych korzyści.
Najlepiej dostać wszystko za darmo, bez wkładania żadnego wysiłku czy własnej pracy. Można po prostu życzyć takiego losu rodzicom i mieć nadzieję, że ich życzenie szybko się spełni.
Nadal nie mogę uwierzyć, że nasze własne dziecko może tak myśleć. Chciałabym wszystko powiedzieć mężowi, ale boję się, że go to zasmuci jeszcze bardziej niż mnie.
Zastanawiam się nad tym, czy nie zapisać domu w spadku naszemu synowi, który zawsze był dobrym człowiekiem i nigdy nas nie zawiódł. Jest nadzieja, że on pomoże nam na starość.
Córce i zięciowi teraz boję się zaufać.
Co byście zrobili na moim miejscu? Córce nie powiedziałam, że słyszałam ich rozmowę. Staram się teraz mniej z nimi komunikować, jakoś po prostu się od nich oddaliłam. Teraz czuję, że stali się mi bardziej obcy, dalecy.
Co robić, nie wiem wcale. Na kogo mogę liczyć w starości? Czy synowa będzie chciała nam pomóc, skoro własna córka się odwraca?