– Wyprasować sukienkę Julii. I wyczyść uszy Saszy. I nie zapomnij wziąć pieniędzy na autobus. Poradzisz sobie. Jesteś mądrym facetem”, słyszę cichy męski głos z końca minibusu Kijów-Połtawa. Rano opuszczamy stolicę w grupie. Wracamy po meczu Ukraina-Hiszpania. Jesteśmy zmęczeni. Mecz skończył się późno, a nasza drużyna przegrała.
Mój mąż odbiera kolejny telefon zza moich pleców: “Moja sukienka jest różowa, kije są w szafce nocnej, a pieniądze pod poduszką. Pospiesz się, bo spóźnisz się do szkoły. I tak mam za mało zmartwień bez tego, że wychowawczyni mnie obrzuca wyzwiskami. Oleńka, zadzwoń do mnie po pierwszej lekcji” – rozłącza się.
Godzinę później przez sen słyszę: “Jak to nie było autobusu? Zadzwoń do szkoły, przyznaj się, że nie zdążyłaś. Zostań w domu. Nastaw wodę. Wrócę do domu i ugotujemy barszcz. Nie, nie będę na ciebie krzyczał” – hamuje głos. W Pyriatynie kierowca daje nam 15 minut. Mężczyzna z telefonem nie wychodzi. Słyszymy z ulicy, jak mówi:
“Nie ma mięsa? Nie martw się, kupię. Nie, ciężko mi się przebić. Będę tam za półtorej godziny”. Mężczyzna wysiada z autobusu w Khorol na dworcu autobusowym. Opiera się na lasce. Zauważamy, że brakuje mu nogi aż do kolana.
Trójka dzieci przytula go w drzwiach. Sprzedawczyni w kiosku robi kawę i mówi mu, że jest wojskową. Pochował dzieci sam. Żona go zostawiła. Co tydzień jeździ do sklepu monopolowego w Kijowie. Jego najstarsza córka, 15-letnia Olena, pozostaje na zasiłku państwowym.
Kierowca minibusa dogania ich i wkłada do kieszeni Oleny 100 rrywien – opłatę za przejazd. Mój przyjaciel zakłada mężczyźnie na szyję szalik piłkarski z napisem “Ukraina”. Mężczyzna dziękuje w zakłopotaniu. On i jego dzieci idą do sklepu spożywczego i wychodzą z mięsem.