Z jakiegoś powodu nasz trzydziestoletni syn uważa, że wciąż mamy obowiązek służyć im obojgu… Dziesięć lat temu mój mąż i ja nabyliśmy dom na wsi. To niewielki domek. W ciągu tych dziesięciu lat nasza praca w dziedzinie uprawy warzyw i sadownictwa przyniosła efekty. Dom jest wyposażony we wszelkie udogodnienia. Uzyskaliśmy obfite zbiory. Dlatego syn miał zawsze dużą ilość jabłek, ziemniaków i różnych rodzajów przetworów w słoikach. Trzy lata temu nasz syn ożenił się, jednak jeszcze nie mają dzieci.
Przed ślubem nasz syn regularnie nam pomagał w pracy, ale później odwiedza nas tylko na grillach. W początkach tego roku przeszłam na emeryturę, a mój mąż doświadczył redukcji etatu. Aby wyrównać wyczerpany budżet, postanowiliśmy z mężem sprzedawać warzywa i owoce na miejskim rynku. Wynajęliśmy tam stanowisko i oferowaliśmy nasze produkty. Wkrótce zdobyliśmy stałych klientów, dla których ustanowiliśmy dostawy. Dom wymagał znacznych inwestycji, więc zdecydowaliśmy się sprzedać mieszkanie w mieście.
Syn liczył na część naszej posiadłości i częściowe spłacenie swojego kredytu hipotecznego. Jednak mąż zdecydował, że wszystkie środki zostaną przeznaczone na remont domu.
– To młody człowiek. Ma jeszcze wiele szans na zarobek. Ponadto musimy wyremontować kuchnię i łazienkę. Niedawno, gdy synowa przyszła po kolejne „wsparcie”, zobaczyła opodarowaną im liczbę zbiorów i poczuła się urażona naszymi słowami: „Nie potrzebujemy niczego!” – powiedziała. Tego samego dnia syn do nas zadzwonił.
– Mamo! Postanowiłeś nas pozbawić racji jedzenia?! – Synu, ogórki, jabłka i inne dobra natury to nasze zarobki, osiągnięte wspólnie z tatą. Gdybyś Ty i twoja żona wspomogli nas zarówno w ogrodzie, jak i na roli, zbiory byłyby obfitsze, a wy bylibyście lepiej obdarowani.
Syn poczuł się urażony i odmówił współpracy. Teraz unika nas, nie dzwoni i skarży się krewnym i znajomym, że pieniądze wyparły naszego syna. Mój ojciec i ja jesteśmy zdania, że mamy rację.
