Sobota w naszej rodzinie to dzień mojej teściowej. Tak już jest od pół roku. Nawet kiedy urodziłam drugie dziecko, teściowa nie była zbyt zainteresowana wnukami. Raz w miesiącu wpadała, dawała im małe prezenty, siedziała godzinę lub dwie i odchodziła.
Moje córki, oczywiście, nie rozpoznawały jej, bo były jeszcze małe. Jedna była niemowlakiem, druga jest rok starsza. Starsza córka, gdy zaczęła mówić, nazywała moją mamę babcią.
Moja mama często mi pomagała. Była u nas w domu cztery dni w tygodniu. Córki są jeszcze małe i trudno mi samej wszystko ogarnąć. A teściowa? Ją to nie interesuje. Żyje własnym życiem.
Ale pewnego razu zauważyła, że moja starsza córka zawsze, gdy widzi moją mamę, biegnie do niej, wołając „babcia, babcia”, a w stosunku do niej nie używa tego słowa.
Wtedy teściowa stwierdziła, że za mało się widujemy i wyznaczyła dzień – sobotę – na nasze spotkania. Przy tym spotkania miały się odbywać u niej w domu, bo jak twierdziła, jej trudno dostać się do nas, a my mamy samochody, więc bez problemu możemy przyjeżdżać.
Tak więc w pierwszym tygodniu wysłałam do niej męża z dziećmi. Po półtorej godziny wrócili. To mnie zdziwiło. Marek powiedział, że po prostu dzieci są zmęczone. Tydzień później poznałam prawdziwą przyczynę…
W następnym tygodniu była moja kolej, by zabrać dzieci do domu teściowej. Myślałam, że będę mogła zostawić dzieci na dwie-trzy godziny i iść na manicure. Ale nie tak łatwo. Przywitała nas, wręczyła dzieciom prezenty, które kupiła wcześniej i to wszystko. Teściowa po prostu siedziała w swoim fotelu i wydawała dzieciom instrukcje, jak się bawić, którym kolorem kredki malować.
Dzieci są małe, jedna w grudniu skończyła rok, druga ma dwa lata. Jeszcze nie rozumieją, co im się mówi, nie znają nazw kolorów. Musiałam więc siedzieć z nimi na dywanie i bawić się przed teściową – równie dobrze mogłabym to robić w domu. Potem okazało się, że muszę jeszcze przygotować coś do zjedzenia, bo teściowa nie wiedziała, co można dzieciom dać, a czego nie.
Wróciłam do domu strasznie zmęczona. Pomyślałam, że teściowa może nie wiedziała jak zając się dziećmi, bo to nowa sytuacja dla niej. Miałam nadzieję, że w końcu się przełamie i zajmie się dziećmi sama. Okazało się, że nie. Jeździmy tam co tydzień i robimy to samo. Bawię się z dziećmi przed moją teściową, a ona tylko obserwuje. Teraz tylko biorę ze sobą jedzenie, żeby tam nie gotować.
Kiedy mówię Markowi, że wolę zostać w domu, bo tak mniej się męczę, on się sprzeciwia. Nie można odsuwać dzieci od babci.
Tak więc muszę jeździć tam co sobotę, robić z siebie pajaca przed nią i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie chcę psuć z nią stosunków, ale przecież to nie jest normalne?
